Obiecywałam tropiki, upały, ale niesety.
Pojawiły się sprawy większej wagi i takie tam beztroskie opowieści, będą
musiały poczekać. Dziś będzie o tym, jak doszło do mojego spotkania z
burmistrzem Londynu Borisem Johnsonem. Sami rozumiecie, że to nie może czekać.
Los prowadził mnie do tego spotkania przez
dwa ostatnie lata. Zaczęło się błaho, od planowanego na październik 2010
wyjazdu do Japonii. Usiadłam do komputera, żeby kupić bilety lotnicze na miesięczny
pobyt w kraju kwitnącej wiśnii i hybrydowych silników. Wstałam od komputera z bilem
„tam” na na pierwszego października i „spowrotem” na kilka dni przed Świętami.
No, bo przecież wizy do Japonii dają na trzy miesiące, tak?
Zadowolona z siebie, żeby jakoś między
tymi wiśniami się poruszać, chciałam przystąpić do kupna biletów kolejowych.
Spojrzałam na swoje konto i na ceny biletów. Za chwilę jeszcze raz na konto. I
na ceny biletów.
Do wyjazdu do Japonii zostały niecałe dwa
miesiące, zahaczyłam się więc szybciutko, jako sprzedawca w sklepie rowerowym („Bo ja się
szybko uczę takich technicznych rzeczy”), uzyskując tym samym dostęp do cennych
porad i części w cenach hurtowych. Alleluja.
W pierwszej kolejności, z kierownicy
pofrunęły trzydziestoletnie hamulce, zwane tu wdzięcznie suicide levers, czyli
klamkami śmierci. Po przeczesaniu całego miasta udało mi się znaleźć rzecz w
Polsce zupełnie normalną, a w Anglii zupełnie egzotyczną – tylną piastę z
hamulcem torpedo, na której zbudowałam (sama!) nowe koło. (Dla tych, co nie
pamiętają swoich Rometów z dzieciństwa, przypominam – pedałujemy w tył,
hamujemy.) Troszkę czyszczenia, troszkę świeżego smaru i Triumph był gotowy na
Japonię. Jeszcze kilka tygodni strachu i ja też przyzwyczaiłam się do
lewostronnego ruchu angielskiego i specyficznego pojęcia drogowego
savoir-vivre. Po powrocie z Japonii nie wyobrażałam sobie, żeby znów wsiąść do
londyńskiego metra. Tłok, smród, wieczne opóźnienia i sto dwadzieścia funtów za
bilet miesięczny ostatecznie przekonały mnie do uroków jednośladu.
Od tamtej pory pożegnałam się ze stalowym
przednim kołem, a także z kierownicą typu baranek, która skrzywiła się w wyniku
gwałtownego spotkania z nawierzchnią asfaltową. (W wyniku tego samego spotkania
złamała się także jedna z pomniejszych kości w mojej prawej ręce. Tej części
nie udało się niestety tak łatwo wymienić.) Jeszcze tylko nowy suport (takie
cudo między pedałami) i wszystko będzie przepięknie. A skoro już wspomniałam
pedały, to trzeba powiedzieć, że w zeszłym tygodniu rower przyozdobiła para
Shimano A530, moje pierwsze pedały na zatrzaski. Efektem tego jest dziura na
kolanie ostatniej przyzwoitej pary jeansów. Sceptykom, o zaletach przypięcia
nóg do pedałów opowiem innym razem, bo przecież ten post miał być o czym innym - o moim spotkaniu z burmistrzem Londynu!
Pedałując więc wczoraj spokojnie na poranny
wykład z medioznawstwa porównawczego, zatrzymałam się na czerwonym świetle na
skrzyżowaniu Farringdon i Clerkenwell. Obok mnie zatrzymał się Boris Johnson. Spojrzał na mój rower, ja spojrzałam na jego.
-Dzień dobry, panie burmistrzu.
-Dzień dobry pani.
-Miłego dnia, panie burmistrzu.
-Dziękuję pani.
I Boris skręcił w lewo do Blackfairs,
a ja pojechałam prosto w stronę kampusu. Miło jest wiedzieć, że autor kampanii na
rzecz poruszania się rowerem po Londynie sam czasem rezygnuje z szofera. Może to dlatego nie słynie z najlepszej fryzury?

Ciekawe kiedy ja odważę się przesiąść na rower :D
OdpowiedzUsuńSzczerze zachęcam, choć w Warszawie może to być jeszcze większym wyzwaniem niż w Londynie... :)
OdpowiedzUsuńbardzo ładny rower, Zosiu!
OdpowiedzUsuńtonawet janie umiem sobie sam złożyć koła - szacun :)
OdpowiedzUsuńDziękuję! Ale szacun by się należał, gdybym umiała to zrobić bez nadzoru (znajomych patrzących mi co pół godziny na ręce, czy aby na pewno z koła nie zrobiłam juz jajka) i w mniej niż... sześć godzin. Niestety piasta powoli dogorywa, więc szykuję się do wykonania tej pracy ponownie, zobaczymy ile czasu zajmie mi to tym razem - może nawet, w ramach komedii, udokumentuję ten proces fotograficznie! :D
Usuńwięcej dobrego dla propagowania transportu rowerowego niż Boris zrobiło chociażby LCC...
OdpowiedzUsuńZgadzam się z przedmówcą :)
Usuń