wtorek, 20 listopada 2012

O tym, jak spotkałam się z burmistrzem Londynu


Obiecywałam tropiki, upały, ale niesety. Pojawiły się sprawy większej wagi i takie tam beztroskie opowieści, będą musiały poczekać. Dziś będzie o tym, jak doszło do mojego spotkania z burmistrzem Londynu Borisem Johnsonem. Sami rozumiecie, że to nie może czekać.

Los prowadził mnie do tego spotkania przez dwa ostatnie lata. Zaczęło się błaho, od planowanego na październik 2010 wyjazdu do Japonii. Usiadłam do komputera, żeby kupić bilety lotnicze na miesięczny pobyt w kraju kwitnącej wiśnii i hybrydowych silników. Wstałam od komputera z bilem „tam” na na pierwszego października i „spowrotem” na kilka dni przed Świętami. No, bo przecież wizy do Japonii dają na trzy miesiące, tak?  

Zadowolona z siebie, żeby jakoś między tymi wiśniami się poruszać, chciałam przystąpić do kupna biletów kolejowych. Spojrzałam na swoje konto i na ceny biletów. Za chwilę jeszcze raz na konto. I na ceny biletów.

W następnej chwili przeglądałam oferty używanych rowerów.  I znalazłam. Niebieski stalowy Triumph z lat siedemdziesiątych, szosówka damska. Pewnego jesiennego wieczora zapuściłam się więc w mroki uroczej londyńskiej dzielnicy Tottenham i wymieniłam osiemdziesiąt funtów na nieserwisowany od dwudziestu lat rower.  

Do wyjazdu do Japonii zostały niecałe dwa miesiące, zahaczyłam się więc szybciutko, jako sprzedawca w sklepie rowerowym („Bo ja się szybko uczę takich technicznych rzeczy”), uzyskując tym samym dostęp do cennych porad i części w cenach hurtowych. Alleluja.

W pierwszej kolejności, z kierownicy pofrunęły trzydziestoletnie hamulce, zwane tu wdzięcznie suicide levers, czyli klamkami śmierci. Po przeczesaniu całego miasta udało mi się znaleźć rzecz w Polsce zupełnie normalną, a w Anglii zupełnie egzotyczną – tylną piastę z hamulcem torpedo, na której zbudowałam (sama!) nowe koło. (Dla tych, co nie pamiętają swoich Rometów z dzieciństwa, przypominam – pedałujemy w tył, hamujemy.) Troszkę czyszczenia, troszkę świeżego smaru i Triumph był gotowy na Japonię. Jeszcze kilka tygodni strachu i ja też przyzwyczaiłam się do lewostronnego ruchu angielskiego i specyficznego pojęcia drogowego savoir-vivre. Po powrocie z Japonii nie wyobrażałam sobie, żeby znów wsiąść do londyńskiego metra. Tłok, smród, wieczne opóźnienia i sto dwadzieścia funtów za bilet miesięczny ostatecznie przekonały mnie do uroków jednośladu.

Od tamtej pory pożegnałam się ze stalowym przednim kołem, a także z kierownicą typu baranek, która skrzywiła się w wyniku gwałtownego spotkania z nawierzchnią asfaltową. (W wyniku tego samego spotkania złamała się także jedna z pomniejszych kości w mojej prawej ręce. Tej części nie udało się niestety tak łatwo wymienić.) Jeszcze tylko nowy suport (takie cudo między pedałami) i wszystko będzie przepięknie. A skoro już wspomniałam pedały, to trzeba powiedzieć, że w zeszłym tygodniu rower przyozdobiła para Shimano A530, moje pierwsze pedały na zatrzaski. Efektem tego jest dziura na kolanie ostatniej przyzwoitej pary jeansów. Sceptykom, o zaletach przypięcia nóg do pedałów opowiem innym razem, bo przecież ten post miał być o czym innym - o moim spotkaniu z burmistrzem Londynu!

Pedałując więc wczoraj spokojnie na poranny wykład z medioznawstwa porównawczego, zatrzymałam się na czerwonym świetle na skrzyżowaniu Farringdon i Clerkenwell. Obok mnie zatrzymał się Boris Johnson. Spojrzał na mój rower, ja spojrzałam na jego. 

-Dzień dobry, panie burmistrzu.
-Dzień dobry  pani.
-Miłego dnia, panie burmistrzu.
-Dziękuję pani.



I Boris skręcił w lewo do Blackfairs, a ja pojechałam prosto w stronę kampusu. Miło jest wiedzieć, że autor kampanii na rzecz poruszania się rowerem po Londynie sam czasem rezygnuje z szofera. Może to dlatego  nie słynie z  najlepszej fryzury?