Nie mogę w to uwierzyć. Mimo ciężkiej i nieuleczalnej grafomanii, nie pisałam bloga już od ponad roku! Nie dlatego, że nic ciekawego się nie działo - raczej dla tego, że działo się za dużo i nie było czasu, żeby usiąść do komputera. W każdym razie, od dziś postanawiam blogowe lenistwo zmienić i mam nadzieję, że ktoś się z tego ucieszy.
Tytułem wstępu wytłumaczę się jeszcze z zamierzonej treści bloga. O ile zapewne wielu z Was szalenie interesuje, co jadłam na śniadanie (tak, tak, takie blogi też niestety prowadziłam...), tym razem zamierzam ograniczyć się do opowiadania o moich Przygodach - głównie podróżniczych. A ponieważ sama już nie wiem, kiedy jestem w domu, a kiedy jestem w podróży, czasami zdarzy mi się pewnie napisać i o Londynie, i o Warszawie. I o tym, co było dawno (całe dwa, albo i trzy lata temu), też czasem napiszę.
Tym razem jednak będzie o Tatrach. O tym, że są piękne. I o tym, że łaskawe. Że czasem potrafią wybaczyć nawet głupotę.
-Chodź, chodź, chodź pojedźmy w Tatry! - zawołałam ochoczo do mojego wspinaczkowo-życiowego partnera gdzieś około czerwca. W końcu, tyle już lat obiecywałam sobie zejście z tatrzańskich szaków i prawdziwą wspinaczkę. Wreszcie poczułam, że czas.
Jak to się jednak dość często w życiu zdarza (często chyba też bywa odwrotnie), głębokie przekonanie, "że czas", miało niewielkie przełożenie na rzeczywistą do czynów gotowość. Ale, co tam drobnostki! Byle do września, byle już w góry! Samolot, pociąg, półtorej godziny gramolenia się z całym szpejem na Halę Gąsienicową i już zameldowaliśmy się w Betlejemce.
(Dla niewtajemniczonych: "szpej" to wszystkie te sznurki i żelastwo potrzebne do podwieszania się pod skałę. "Betlejemka" - to taki mały domek po prawej stronie od szlaku, który wiedzie do schroniska Murowaniec. Na bardzo małej przestrzeni nocuje tam zazwyczaj bardzo dużo wspinaczy. Suszą swoje liny, majtki i skarpetki, rozwieszone miedzy piętrowymi łóżkami. Wsuwają parówki i gorące kubki, korzystają z jednej jedynej toalety i snują górskie opowieści.)
Zgodnie z planem, mimo lat nieobecności w warszawskim środowisku wspinaczkowym, na miejscu wpadłam na kilkoro znajomych. Potraktowali mnie znacznie sympatyczniej niż jedno z internetowych forów, na którym dostałam przed wyjazdem tęgi ochrzan za sam pomysł taternickiej działalności. ("Co ty sobie, dziewczynko, wyobrażasz, lepiej posiedź w domu, a nie ładuj się w góry". Nie wiem, czy zrzucić to na karb hermetyczności wspinaczkowego światka, czy może jednak szowinizmu). Dostałam więc w Betlejemce garść porad, kilka zachęcajacych klepnięc w plecy i już następnego dnia, poraz pierwszy w życiu, zarzuciliśmy na plecy wory z linami i poszliśmy w s p i n a ć s i ę w T a t r a c h.
(Dla niewtajemniczonych: "szpej" to wszystkie te sznurki i żelastwo potrzebne do podwieszania się pod skałę. "Betlejemka" - to taki mały domek po prawej stronie od szlaku, który wiedzie do schroniska Murowaniec. Na bardzo małej przestrzeni nocuje tam zazwyczaj bardzo dużo wspinaczy. Suszą swoje liny, majtki i skarpetki, rozwieszone miedzy piętrowymi łóżkami. Wsuwają parówki i gorące kubki, korzystają z jednej jedynej toalety i snują górskie opowieści.)
Zgodnie z planem, mimo lat nieobecności w warszawskim środowisku wspinaczkowym, na miejscu wpadłam na kilkoro znajomych. Potraktowali mnie znacznie sympatyczniej niż jedno z internetowych forów, na którym dostałam przed wyjazdem tęgi ochrzan za sam pomysł taternickiej działalności. ("Co ty sobie, dziewczynko, wyobrażasz, lepiej posiedź w domu, a nie ładuj się w góry". Nie wiem, czy zrzucić to na karb hermetyczności wspinaczkowego światka, czy może jednak szowinizmu). Dostałam więc w Betlejemce garść porad, kilka zachęcajacych klepnięc w plecy i już następnego dnia, poraz pierwszy w życiu, zarzuciliśmy na plecy wory z linami i poszliśmy w s p i n a ć s i ę w T a t r a c h.
Kto wie, gdzie jest przełęcz Karb, ten wie, że podchodząc od kotła Gąsiennicowego na przełęczy po prawej stronie widnieje wąziutka, wydeptana ścieżka. Wiedzie ze szlaku pod zachodnie ściany Kościelców. Na tę właśnie ścieżkę wstępując, na plecach poczułam dreszcz niezwykłego podniecenia. Oto właśnie spełniłam marzenie dziecińtwa. Z e s z ł a m z e s z l a k u t u r y s t y c z n e g o. (Zrozumie ten, kto spędził lata marząc o czymś, ale bojąc się po to sięgnąć.) Nie wiedziałam jeszcze, że dzień będzie obfitował w więcej dreszczy - głównie ze strachu i z zimna...
Na Pierwszy Raz wybralismy drogę dość łatwą (Byczkowski) i ufni byliśmy, że "zrobimy" ją raz-dwa. Nie wzięliśmy pod uwagę faktu, że jedną z najważniejszych umiejętności w górach jest umiejętność czytania schematu drogi i odnajdywania jej w skale. Nie wzięlismy pod uwagę, że błądząc w pionie raz w prawo raz w lewo, spędzimy na Kościelcu... bite siedem godzin. Uskrzydlona swoim pierwszym od sześciu lat prowadzeniem*, nie wziełam pod uwagę, że kiedy dotrę do stanowiska, zacznie lać deszcz na przemian z gradem. Że przestanę słyszeć mojego partnera, który został czterdzieści metrów niżej . Że będę się trząść ze strachu, czy w takich warunkach uda nam się poprowadzić ostatni - najtrudniejszy - wyciąg wspinania.
Po godzinach mozołu dotarliśmy do końca. Przemoczeni do suchej nitki, roztrzęsieni po pokonywaniu swojej pierwszej tatrzańskiej drogi w strugach płynącej po niej wody, zabraliśmy się za zjazdy. Trzy wyciągi, a "na sześciesięciometrowej linie łatwo przegapić stanowisko i zjechać za nisko", jak przestrzegł mnie w Betlejem znajomy instruktor. Zaczynało się sciemniać i wiedząc, że czasu do stracenia na błędy już nie ma, z duszą na ramieniu opuściłam się w szarą mgłę pode mną.
Na ścieżce stanęlismy o pół do dziewiątej wieczorem. Szczęśliwi, bo żywi. Zmartwieni, bo już nie tak pewni, czy właściwie wiemy, co tak na prawdę robimy i jak to robić bezpiecznie.
Żeby pognębić nas jeszcze trochę, Kościelec postanowił zahaczyć nasze ściągane po zjeździe liny. Ot, węzeł, którym są związane, wciska się gdzieś w szczelinę. Ot, lina nie spada. I koniec. Leje deszcz. Jest zimo, jest ciemno. Mój partner ciska na mnie nienawistne spojrzenia. (Nie tylko pierwszy raz wspina się w Tatrach, on w ogóle pierwszy raz w życiu w Tatry przyjechał, a ja bardzo się staram, żeby pokochał je tak samo, jak ja. Jak do tej pory, chyba wychodzi mi słabo).
Sześciesiąt minut i pół tabliczki czekolady później szpej (także liny) mamy spakowany w plecaki. Z nosami na kwintę maszerujemy w dół. Mój partner wyraża zwątpienie, czy właściwie cały ten wyjazd był dobrym pomysłem. Ja siedzę cicho, tylko w duchu prawie się modlę, żeby ciepła kolacja i grzane wino przywróciło mu wiarę w nasze możliwości. (Możliwości? Umiejętności? Dziewczynko, gdzie ty nas wpakowałaś! - karcę sama siebie i przysięgam w myślach, że od jutra będziemy bardziej ostrożni, że dokładniej sprawdzimy przebieg drogi, że wyjdziemy z Betlejem jeszcze przed wschodem słońca.)
I tak, nie udało mi się Wam opowiedzieć, do czego w Tatrach przydaje się szminka. To zatem w następnym odcinku. Dobranoc!
___________________________________________________
*osoba "prowadząca" wyciąg wspinaczkowy, czyli odcinek drogi wiodący od jednego do drugiego stanowiska, wciąga za sobą linę i przyczepia ją do skały w miejscach, w których w skale uda się osadzić specjalne punkty ubezpieczające. W razie upadku spada się więc dwa razy dalej niż odległość do ostatniego punktu. Jako strachliwa kobitka całe lata od takiej ekwilibrystyki stroniłam.
Bardziej techniczy opis, czym jest "prowadzenie" można znaleźć w materiałach szkoleniowych PZA, tutaj.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz